Ciasta czekoladowego porcje dwie. 2004.


Jeszcze pisuje. « | Jeszcze pisuję. Gdy w pewien sposób poruszę ręką -- powracają koralowe brzuchy gili do karmnika, kandyzowaną jarzębiną zapodzianą w otrębach karmią się zajadle po dzień, w którym je mróz zmorzy. Młoda kobieta, zakutana w chustkę, z nią żyję, idąc po wodę mamrocze: zamiast wietrzyć pościel, dziadu, pastwisz się nad banałami. Przykładam rozgrzane monety do szyby, co z niej malowane kwiaty jeszcze nie spłynęły, wykrawam dziury w piernikowych sercach. Kiedy machnę ręką w pewien sposób — spierzchnięty trel ucieka. Czasem śnieg oprószający dzioby czy powieki nie topnieje. O tym myślę, zaglądając do lodówki, nadziewając kiszki mięsem i gorczycą, pożyczając włosy z lewa na prawo. Gdy poruszę ręką -- hałastra anielska zamiecie podwórze z ziaren, suszków, plewów. Głód zbiera żniwo nocą. Miast odejść (chciałbym odejść), pisuję czasem, wiersze wysyłam do miasta: brudne gołębice. Ciotki zdjęcia w kuchni, archemater. « | Ciotko kochana, co słychać? — Wszystko dobrze, córuchna, wujek Romek postawił mi piękny pomnik na cmentarzu. — Zrażone optymizmem zbiegamy ze schodów, głośno obcasy klekoczą, dwie pary krągłych łydek, za chwilę w bramie osuszymy oczy — a ciotki papcie mruczyste wełniście, na tym polega nasza różnica pokoleń; mój chłopak chciałby, żeby każdy mężczyzna markował cios o dwie chwile naprzód, by kobiety znów płakały z przyzwoitości, a nie z wzruszeń. Ciotki papcie milkną. Twardo stoimy na ziemi, stać nas na makaron i herbatę — nie stać na córuchnę, kolekcjonowanie lalek. Sinatra. « | — Byłem młodym dzieciakiem, widziałem w nim tylko kiczowatego starucha z wkręcanymi zębami. Dojrzałem, a on przyniósł mi męski szyk, błysk Las Vegas. New York, New York. — Kelnerka z ostatniej zmiany wtrąciła destylatem z pierników, dwie kolejne kubkofiliżanki 125 milili. — Zamykamy. (I know that music leads the way to romance.) Palce już wskazujące spotkały się na kolanie, zasłuchane. Haust, błysk zębami w stronę kelnerki: — Wychodzimy. — Zasypiałam przy co cichszej frazie. Ten, co ma pozamykane chyba wszystkie czakry. « | Spotkałam X., wiesz, tego co ma pozamykane chyba wszystkie czakry. Jak tępawy głowonóg na skrzyżowaniu, spojrzenie na nim skupione — rozproszone — nie lubię bezwarunkowo — co dobre, to nie X. Tacy, jak on przebiegają mi drogę ledwo powłócząc nogami. Choć nigdy źle nie mówi o ludziach, taki flak flegmatyk niewzruszony; wiesz, spotkałam go niedawno, przedostatnim razem żuł kanapkę z twarogiem. Nie mogłam patrzeć, nie ta epoka, wcześniej żadnych mysich ogonków. Nigdy, no i żadna szkolna miłość, żadnych macanek na biwakach. Z wrażenia wspomnienia mimochodem zamrugałam trzecim okiem, kalmary w sałatce chwyciły się za głowy, wiesz, bioenergoterapeuta spadł z krzesła, ja przeziębiłam nerki, dlatego prycham i przenoszę się z Zen w ustronne miejsce. (— skup spojrzeń; wyminięcie, stęp.) Tak, żeby powiedzieć. « | Spółkujemy z kotem raźno nad zwiędłą makrelą : poeta potrafi wydoić swe i innych sny, mówi o tym głośno. Aby przejść przez rzekę, urok odczynia, w uroczy sposób zerwał kwiaty, więdną. — ości w gardle dęba stają, dzielimy się jedzeniem skoro za rękę wraz nam nie po drodze; jak zwykle przeczesał niedbale moje palce, wyekspediował porankiem po chleb, zarabiać trzeba, kobieto. Poeta nie wie co to głód. Chłodu nie zaznał. Dostał stypendium, poznaje laski w internecie, dba o twarz, ujęcia, nie napiszę przecież ot tak, że mnie to wkurwia. Bez mylącego gadania o pogodzie na powitanie dnia. Wstając o świcie, trzeba chwalić boga. — Poeta nie pije, by zapomnieć. Pije głośno i zwraca w tłum, zwraca się do tłumu — słuchajcie, bo nie będę dwa razy do tej samej rzeki tymi samymi słowami, ale wcześniej napiszcie o tym artykuł, bo zaginę. — Kot nie ma zdania na ten temat, wyżarł wszystko. Znalazłam siebie w garnku, do którego jeszcze nie zajrzałam. « | Znalazłam siebie w garnku, do którego jeszcze nie zajrzałam. Pod pokrywką, co trzyma jeszcze zapach. Niegotowego żarcia. Smak? Niedogotowany. Znalazłam siebie w lustrze tym wciąż bez warstwy srebra. Rozeszłam po ulicy - tej nie asfaltowanej od tysięcy, tysięcy minut, kroków, barów, lad wytartych, wytartych przez osmarkany rękaw, przez paluszki obgryzione, serwetki, nadgarstki, długopisy, niewykonane telefony, przez abonentów nie zmieniających numery po dzień sądu, noc rozmowy. Znalazłam tłuste plamy zostawione na sekretarce. Pajęczyco, wysnuwasz « | zbyt daleko w latach posunięte refleksje. Poprzesuwaj ścieg twych ścieżek okiem łypiąc w prawo, w lewo oczka dwa, na dwa gwoździe nanizałabyś korale marcepanu, łapiąc robale miast się na przynętę rutyny gotowych wzorów robót ręcznych, osłodź stare lata; pamiętaj, pajęczyco. Na dwa gwoździe. W. « | Wrzucałam niedopałki w studzienkę ściekową W tę samą pajęczynę swój żar powplątywały Pająk pan i władca ochmistrz i podczaszy łamał nogi rwał krzyż swój to moja studnia życzeń! śmierdzącą studnię życzeń obeszłam na kolanach Wrzucałam zdrożne modły i w nią kiwałam Się W dziurawą pajęczynę po prośbie kładłam prośby Zła karma niedopałków gwarancją jest odmowy Ostatnim papierosem spaliłam ściany domu On tonął moje prośby rozeszły się kołami.
Z. Szansonistka wygrywa akordeony powiek
- szansons. 2004.



Le Chanson « | W masarni wieczna wiosna: ozory powykwitły, za ladą młode dziewczę przechyla się dość wdzięcznie, akordeony powiek trzepoczą na francuską w trelu akordeonu, w obrzmieniu powiek modłę: w masarni wieczna wiosna! Porozchylane płatki różanych kurzych stópek, wciąż zbladłych od przymrozku w bukiecie owe dziewczę - masarka rozćwierkana podaje poprzez ladę ukochanemu chłopcu. W masarni wieczna wiosna! Żył krzaki karminowe! Na ustach chłopca serce. Pod ramię baleronik ramienia masareczki, i wśród opadających soczystych plastrów szynek wychodzą, brodzą w zaspach ulicznych ścieków śniegu - w masarni wiosna - wieczna, za ladą osuszaną wilgotną, rześką gąbką, i tylko: masareczkom, ich chłopcom - anemony francuską piosnką kwitną już! Trel mięsny: Le Chanson. [2004] *** [chłopiec o szerokich barkach...] « | chłopiec o szerokich barkach myślę że śni prosto odpowiada na pytania sam nie pyta: kocham myślę o nim porównując RGB indyczej piersi wobec plastrów szynek najróżniejszych róży myślę o nim: czym go karmić? myślę o zatokach żylnych by pulsował krewko żeby wchodził nożem myślę jak ułożyć na nim swe różane ciałko gdzie w piżamy origami zatknąć kciuki silne [2004] dziewczyńskie mrzonki. « | czekam na krew bo w farbiarni obiecali mi ufarbować kieckę na karnawał taką z piórami — wiesz — anielską — takiej ładnej pani złociutka takiej to przystoi złociutka jak tylko przyjdzie z rzeźni świeża dostawa świńskiej krwi — w dzisiejszych czasach nic się nie marnuje droga pani więc czekam na krew miesięczną nic się nie zmarnuje ani krew ani moje czekanie — pani wie złociutka ludzie mówią czas to pieniądz a gdy się doczekam — pani kochana ten kolor taki twarzowy złociutka ! pójdę przez śniegi warszawskie w białe tan(go) do białego rana — pani złociutka pani bielusieńka jak opłatek żeby nie mieć nocy do stracenia i zostanę miss dwatysiącedwa padliny stołecznej vicemiss masarni o ile nie za późno przywiozą do farbiarni tę cholerną krew — pani poczeka ostatnio dwa tygodnie z krwią zwlekali i najbardziej trafia mnie szlag gdy pomyślę że małe dziewczynki na widok wielkiej mokrej czerwonej plamy na prześcieradle klną pod nosem albo wniebogłosy Panie wybacz im bo nie wiedzą co czynią — pani wie te małolaty teraz takie niewydarzone takie chamstwo gdy się odzywa pani ma klasę złociutka ! ale już czekam dwa tygodnie prędzej mi krew z nosa pójdzie — kochaniutka złość piękności szkodzi nim zatopię się w piórach i wreszcie będzie mi do twarzy w kiecce takiej — wiesz — anielskiej pełnej czerwoności karnawału maków i Paryża. [2002] nawijka pruderyjka « | nawijka pruderyjka: zakasać rękawy, podkasać sukience rąbek brzeżka, kolanami założyć za łokcie wystające naprędce z podkasania - za ramiona pochwycić, za rogi byczą chustkę z batystu, zawiązać na palcach, cztery palce na krzyż, dwa do ucha, kciuk w usta i zagwizdać na pępku, zatrąbić, anonsować: lewe kolano w lewo zwrot! prawe kolano w prawo zwrot! najmłodszym palcem zatem skarbów szukać wedle mapy wyszperaczy skarbów właśnie na głębokości sąsiedniego palca zaprzestać, wytchnąć pranę, gdzie artezyjska studnia - tam wdychać samogłoski: ę, ę, ą. [2004] poszli za chlebem forsy szukać (peany kapitalne) « | podróż inicjowała blisko wypadłe z łóżka zgrzebne ramię zgrzytnęło zgryzem wgryzło nisko ciesz mordę więcej mu nie stanie wygłuszaj głoś kazania z roli korpusem rzucaj niech szlag toczy bezwstydem zapchaj swoje oczy przystojność draństwu nie przystoi beznogi język zgorzkniał w słowach zdechnięci nędznomyślni my szli dzień w rzeczy samej śmierdzi krowa o dojnej porze orze wszystkich. [2003] mówiłam nie jesteś moim muzą. « | to prawda zawsze jak złodziej pamiętasz preferowałeś gdy uda dawałam gdy udawałam że udaję orgazm rachuję wersy mówię wiele brałeś pamiętasz wiersze waginalne miałam marzenia wagicznymi mościłam ci pas przepuklony raptem uciekłeś zrzuciłeś kwiaty motyle mówiłam fałszywym wstydem po pas się rumienię do pisałam wyiwaginowane romantyczne liryczne niewyraźne uciekłeś nie wiesz pisałam o tobie natchnienia szukam w lustrze gdy poprawiam język tak naprawdę ty tylko płyniesz w szyi żyłach przecież nie piję wody by pamiętać uciekłeś taka prawda. doszyj, pocałuj.« | Frankowi. nie czaruj mnie kurwa nie czaruj jutro powiem czaruj mnie czaruj obandażuj w pasie ramieniem przełóż przez kolano wciśnij w rękę bagaż podciągnięty rzeczywistości rozbierz zdejm kapelusz mówiąc już nie mogę urwij głowę nasraj do szyi ale nie czaruj mnie kurwa nie czaruj jutro powiem -- czaruj mnie. czaruj. Mielonka z Anioła. 2003.

ranne. « | nie mam co na siebie włożyć patrzyła z żałością podchodziłam —— całowałam wybory ramiona poranną kawę znosiłam znosiłam kobiece przypadłości przeżywała moje rzęsy długo i z osobna mówiła raz na jakiś czas jestem samotna kochanie zwracała uwagę na programem telewizyjnym rozpoczęty przegląd akcesoriów towarzyskich zapalniczka dla podrywu moje papierosy pachniały świeżo ona ogórkiem codziennością uczulona na sierść kota na kanapie ja na proszek do tkanin delikatnych w końcu rzuciła palenie zanim ja poznałam analizowała w knajpach smak wściekłego psa ja paliłam ciągle przeglądając się co wieczór w patelni szukała w sobie dziur nosiła luzem tampony a teraz nie wiem gdzie ona gdzie ja chwilowo dla niej upychałam godziny po kieszeniach gdy wyszła po bułki nie mam kogo w siebie włożyć [świtały wróble...]. « | świtały wróble; rozprasowawszy załamanie pochyliłam się nad śniadaniem, na chlebie kładąc włosy; niezakwitłe patyki wiśni postawiłeś w wazonie, mówiłeś piękne haiku chińska herbata między nami — mówiłam, że śniły mi się wszy, mówiłeś, że potrzebuję. Podałeś na papierze ryżowym swoją lepką dłoń w czym mogłam pomóc — karmiłeś z ręki w ramach codziennych zobowiązań; wiosenna sukienka zajęła się potem. Chercher la petite bête. « | Tego lata... ...szerszę spokojności pod chmurami jak hipopotami — szerszymi dnia po nastaniu nocy, gdzie w liściach się plączesz — obłemi. Spokojności, zanim cykl płciowy nie zamknie się. I pszczoły, szerszenie jakby szersze od nadmiaru — nadmiaru miodu wykradanego z dziewczęcych odwłoków. Sukienką skrywającą pasiekę wyzywająco szeleszczę. Mizerią chłodzisz usta wręcz obfite, wiśniowym sokiem polane i wznosisz toast że zdobyliśmy szczyt — szczyt wieńczący drzewo. Między nami swojska woń gnojówki przypomina dziecinne przekomarzątka po gałęziach gruch — tajne wędrówki i wtedy palce mi wkładałeś w pełne uwargi, żeby wyrwać dwójkę. Wyszerszam w końcu jedno — spokój wspomnień i święte serce w szerszeniu górujące, spalone słońcem. Upolowane hipopotamy przynosisz na obiad. ...kochany. Jeszcze brak mi słów. Lipiec. « | zeszliście już z drzewa, gówniarze? - my jesteśmy szpaki! a twoje szpakowate skronie nie robią na nas najmniejszego wrażenia, więc nie zejdziemy. Wrażeń dostarczają nam czereśniowe sady, staruchu, popatrz, lipiec: pestki otoczone ciepłym podbrzuszem robaka, niebo, które obrasta chmurami zawsze od połowy nocy, i tak będziemy siedzieć. w miarę, jak się ociągaliśmy ze zlezieniem na ziemię pohukiwał coraz głośniej, a nawet gromko pospieszał słowami, końcówkami połykając coraz to na nowo napoczęte wyrazy, ale jakże mogliśmy zejść? żurawie do pionu przywracały pnie drzew, tak przynajmniej zdawało się nam, zdystansowanym do horyzontu. jakże mogliśmy schodzić... jednej nocy napełniliśmy kieszenie owocami, zdrapując się z czereśni chowaliśmy soczyście-mięsisty słodki balast pod językiem, znaczy: ja chowałam z lubością, on wyrzucał ukradkiem, już nasycony, i chociaż kolana poharatane o korę tako same, wypomniałam mu w kilka lat później zdradę niejednomyślności, że nie zeszliśmy jednym ciałem z drzewa, lecz jakby w dwa i na rozdzielnych dwóch parach nóg spieprzaliśmy przez płot przed plebanem, któremu niedługo potem, jak każdemu świętemu - zmarło się w kwiecie. tanie sentymentalizmy. « | Spódnicę zadzieram wysoko między kolanami aż mi w serce wgląda i brak pola dla wyobraźni — tak dosłownie te oczy twoje w opowiadaniu niewysłowionych bredni przez krągłości popadają w formę. I emigrując po dokonaniu cudu w okrągłe sterczące kanty poduszek dławisz mnie ciastkiem wylosowanym własną ręką — na własne życzenie zżeram twoją młodą jurność wydaje ci się że me serce wstało to wcięcie kręgosłupa moralnego a to moja talia. [kiedy przychodzą porozmawiać] wtedy « | Malarz ze mnie niejako kiepskawy. (Delfina Bezgeneracyjna) maluje rozmowy z kobietami. rozkłada ręce skręca origami rozłóż złóż trudnym się zdaje kiedy model podąża w krągłości ona w wypukłości zagięć wypuszcza żurawia: naturalne warkocze nienaturalne uśmiechy nadnaturalnie unoszące biusty ramiona krępowane rękoma pełnymi wnętrz autobusów wnętrz wózków łóżek jamy ustnej zapełnia białe plamy. kiedy maluje kredki świecowe szparko trzymane poruszają się płynnie śliście posuwiście w tę i tamtą jak to z kobietami bywa. te namalowane wystudiowanym ruchem rozchylają uda aby zasiąść w ramach. kiedy kończy wyciera usta rozgiętą serwetką z wyznaniem — malarz ze mnie niejako kiepskawy. autoportret kobieta wśród ud nie tłumaczy wiele. zechciało mi się z księżycem pogadać. « | Szumi dokoła las, pan Rożek na niebie, cześć, panie Rożek, nie powiem, że dzień dobry. Niech pan łaskawie nie popadając w formę interwiejącą powie, spoufali: — jak to jest, jak znajduje pan cywilną odwagę na ujawnianie publiczne oblicza, gdzie na policzkach pana, (w pana wieku !) straszliwy trądzik wykwita wybujale? Wie pani — wiosna przyszła. Wie pani, jam mecenas pryszczatych nastolatek dających na huśtawkach lirycznie romantycznie. kwiczących niczym kotki, kwitnących niczym bazie... — ja podziękuję serdecznie za rozmowę. Będzie mnie wkręcał, w krater chędożony; tak bardzo chciałam pogadać, o poezji. [dla ciebie...] « | Dla ciebie ubieram się w papier w kamień i nożyce i moknę grając na nosie; spod szlafroka wyciągasz życzenia dobrego dnia, ściskasz mocno kolana; tam ukrył się nóż którym kroisz chleb, papier, własne palce. Nóż zawsze wygrywa, kiedy stoję przed twoimi drzwiami, dmuchając na jeszcze ciepłą klamkę, a ty szykujesz podbródek na bankiet, naciągając mnie na jeszcze jeden kwadrans cierpliwości; ja czekam. Jeżeli kroję mięso, to tylko nożyczkami. Wykrawam gwiazdy, które zgasły zalepione klejem, gumą arabską, w skrzynce listy bez nadawcy znikąd przyszły, droga daleka — ale zgasło niebo, kiedy ujrzały mój dom. Zamknęłam drzwi przed własnym nosem i w szybie rosa zasklepiona, jak mucha w bursztynie kopulująca, skropisz nadgarstek — doprowadzę cię korytarzem do temperatury pokojowej. Spotkamy się, jak gdyby nigdy nic, w muzeum masek papierowych, zobaczysz łzy swoje, tam czeka portier i pora pojenia. Przy wejściu proszę oddać klucze, krew i spermę, nóż zostaw w domu, nożem gramy w czerwone, obowiązują stroje wizytowe, uśmiechaj się, jak coś do mnie mówisz. obserwator. « | umiar i prostota -- pożądanie wanna wanna want to jak to brzmi - jak chcę - jak śpiewasz zobaczymy tym razem jednak słyszę - jak pijesz herbatę - jak kupujesz otwieracz do konserw który ją zrozumie. letnie ew. względnie ciepłe śniadanie. « | Jeżeli wychylę się z okna a kiedyś to zrobię — na pewno chociażby to był parter i malwy krzyczały — nie ! to wtedy krótko zwięźle i treściwie nakarmię kanapką kota który zbłądził dawno temu — w marcu i krzyczał wniebogłosy pocałuję parapet w łopatkę (chuderlakowi coś oprócz doniczki się należy) a wściekłą malwę w nos zaśmieję się słońcu prosto w jego pijacką twarz zmrużę swoje pijackie oczy i rozszerzę źrenice — dla paradoksu na powrót męża bo wrócił mąż marnoczastrawiący z plecakiem czasu jako premią na dzień dobry ugryzę jabłko i ucho Męża i sąsiadkę w nos (jako i my wybaczamy naszym winowajcom) smacznego śniadania Kochanie uszczypnij tylko malwy żeby krzyczały — nie ! zagłuszą nasze poranne jęki i szczęk sztućców masakrujących pieczywo. [2002] autoerotyk. « | gorzkie migdały zjadałaś patrzyłam nie niebieskie nie noszę niebieskiego poraża przestrzenią ogromem powietrza do objęcia ramionami płucami lewym — prawym wzdycham sobie że klaustrofobia nie zezwala na schadzki intymne w misce dla drożdży co robić — co robić by ? być może oddawać się oddychaniu z przyjemnością jak ladacznica wdech — wydech a sutki jak migdały złote a piersi jak ciasto które gniotę co sobotę a może schrupać się — przegryźć się na dwie obedrzeć z łupiny wydać na pastwę moździerza do ucierania bakalii albo twoich oczu wielka Cukierniczko wdech — wydech — szklanka wody zamiast i ciasto gniotę jak co sobotę i — wdech. Jeść, żeby żyć. 2002.

Lekcja rytmiki « | baczność i — raz — dwa — trzy — cztery wrzask nozdrzami wysypuję muchy nie w sosie na półmisek marsz na spacer na spacer marsz w karnych szeregach przewietrzymy rzeczywistość i — raz — dwa — trzy — cztery muchy na talerzu smacznego — dziękuję — proszę luli luli luli mucha muchę tuli zwierzęcy seks słów a tu chodzi o kulturę i obycie obyczaicie ? i — raz — dwa — trzy — cztery skalpem ściągniętym z chleba wycieram talerz one skrzydła w nabłonek rzęskowy zalotny ja w talerz wtulam twarz i — raz — dwa — trzy — cztery mam własne muchy w nosie nie boję się komarów nie boję się komarów nie boję się komarów. dyktando fizyczne
ze znajomości poetów współczesnych.
« | ef równa się em jeden (jak jednostka) razy em dwa (jak dwa ziarna w korcu maku) razy gie (łatwo zapamiętać — magda, magda, gryszko) przez odległość er do kwadratury (do diabła z tym kwadratem, same kanty) zapisałeś ? i takim wyrównaniem poetyckim przyciąganiem i pociągiem określa się naszą przyziemność i to że na gwiazdy to możemy nie — się wypiąć ale p o p a t r z e ć może lepiej byłoby przejść do następnej lekcji do einsteina i teorii względności (jest mi źle ale tobie dobrze — to takie względne ) i do emce (łatwo zapamiętać — marcin, cecko) kwadratura to jest łatwiejsze niż prawdopodobieństwo (rozumiesz będziemy szczęśliwi i przetańczymy całe życie czyjeś na pewno — to takie nieprawdopodobne) a już na pewno prostsze niż kropka nad i czy znajomość współczesnych poetów albo z nimi bo trzeba chodzić na wódkę (ce dwa ha! pięć o ha! roztwór czterdziestoprocentowy) i uwielbiać wojaczka a tak naprawdę to niekoniecznie. carpe diem. « | troskliwe dłonie dzielą na cząstki pomarańcze pomarańczowymi z nerwów od nikotyny dłońmi przenoszą cząstki uśmiechów ku trumnom krochmalonym widziałam w szpitalach spacerując a tu — blade woskowe twarze rodzinami sknocone zgaszone przez wódkę przez brak papierosów chude ciała bez tlenu elegancko z krawatem ciasnych horyzontów — chciałam leżeć wśród nich chuda ciasna erotycznie sterylna marzeniami na białym prześcieradle z pieczątkami w swych mokrych snach wydymane naporem piżamy skrywające pająki korsarze na suficie widziałabym przychodzące i odchodzące anioły prawda jeszcze wierzę i przyjdą matki ojcowie i córy i synowie współmałżonkowie kochanki by przymykaniem oczy na nieczułość odrętwionego ciała odmierzać miarowe tik tak troskliwości za dnia aż do śmierci tak chciałam będzie kto miał przyjść było się troszczyć tym razem następnych razów wraz z pomarańczami troskliwe dłonie nie podadzą myślałam za życia nim — położyłam się w wannie wanna na łące pasłam słońce zakalcem piersi lśniących sierścią sierściucha — nalałam mleka do wanny przyszedł kot wylizał. Parki w parkach. « | Ojcze Nasz, który jest w Niebie Głupki boże siedzą na ławce pod jarzębinami, ona mu znaczy usta na czole, on namiętnym uściskiem miażdży nadgarstki; szepczą śliną w kanapek głąb. święć się imię Twoje Nad sadzawką dojrzałe kobiety kładą dłonie na kroczach chłopców. Panowie wciskają kit i dziesięć palców; Sonety serenady między kolanami. Przyjdź Królestwo Twoje, jako gwiazdy na Niebo Żeby nie widzieć, nie słyszeć Wkładałam skronie w imadło rąk W rozpaczy niemym krzyku — tak to się wabi pięknie Zazwyczaj patrzeć nie mogę. Jako na Ziemi się modlę, na świeżej murawie I zaraz mózg mi bluznął oczami Upaprał chodnik zmieciony ze zmemłania świeżo opadłych lipcowych liści Bo to był lipiec, panie. — Powiedziała. I tak w wielkim bełkocie samotności, amen Tak w wielkim skrócie samotności, amen Od wciskających palce wyzwól, Panie, amen On powidoków żrących trawę ciał. wykopałam palec. « | spod piaskownicy pępka wykopałam mój wielki dziecięcy skarb palec odziany obrączką t ą która ociemniała od wilgoci wyciągłam spod czarnego kwadratu na białym tle Malewicza i nie tylko (takie zdjęcie z galerii widziałam w gazecie kolorowej nawet dostała nagrodę z trawestacji) matka mówi dziecko nie ssij kciuka liżąc palec myślę że każdy kto chce być kopistą oryginalnym może na ołówku kopiowym sobie poużywać matka mówi sztuka czyni mistrza. do [mg] — każda zdrapka wygrywa. « | Nie mogę nie doszlifować mych tekstów takie gołe tak się trochę wstydzą poza tym zawsze byłam podobno zawsze ro man Ty czna i gubiłam w szczegółach i czy mogę już ściągnąć spodnie i pokazać gdzie mam ten najważniejszy szczegół który wilgotnieje przy szlifowaniu? ty podla neuro tyczko. « | bawię się słowami i wycinam i czytam bajki cioci eMGie do kocyka, bo pan doktor kiedyś szepnął mi na ucho że dzieci wychowujące się sam na sam z lalką i igłą pielęgniarską a w ogóle to najstarsze (w odróżnieniu od mamusi podobne do tatusia bo ten wielki nos) i trudne — to powinny sobie te dzieciństwo nie wsadzić, ale z r e k o m p e n s o w a ć wiec według recepty połykam okrągłe i stające w gardle płyty DXM can you feel a little love? Analiza interpretacyjna utworów muzycznych. « | Aurora goddes sparkle [i słowa parzące jak słońca – zamykaj dziury w twarzy zanim z nich wypłynie woda raz—raz lubisz pamiętasz słyszałeś ? nikt już nie nosi ani korony ani płaszcza to tylko nostalgyja czasów tamtych—tamtych minionych i nawet jak mówisz — skrzydła to w pamięci Oni — Ci Inni maja tylko srające gołębie bo zapomnieli jak wygląda nieboskłon i ptak prawdziwy z chorą ciężką głową pod wypchanym skrzydłem w ich pustosłowiu] shoot me. Synestezyjne i finezyjne harce na otomanie. « | Delika Tnie paznokcie by nie pobudzić sąsiadów nieswo Im krzykiem oznajmia o zadowo Leniu wstawaj prze Stań na wysokości zadania i nie krzycz tylko krzy Żuj śniadanie — podmiot liryczny znowu śni na jawie. — chyba ma za dużo pracy. i problemy z mężem. A Delika Tnie oto (to—tu—man) Mannę wielkie otwarte oczy na świat posiadłam. « | a co jeżeli my wszyscy jesteśmy takimi zwierzątkami zwierzętami zwierzami z różowym tyłkiem — pasożytami w tyłkach jeszcze większych zwierzątek zwierząt zwierzów z różowym przyrodzeniem — które są tasiemcami innych pasożytów — i mam takie duże oczy że tasiemce na warkoczykach w galaktyce żołądkowej mają świńsky ryj albo (w) mordę jeża. Od sufitu do zmierzchu. 2002.

[Plagiat tożsamy z] — Alicją uciekającą
z krainy współczesnej zbiorowej edukacji
w krainę zbiorowych perwersji.
« | Alicja — niegrzeczne dziecię wytaplane w czekoladowym płynie do kąpieli pomiędzy zwałami tłuszczyku i bałwanami bitej piany upolowała (pac ! po ręce — dzieci nie powinny jeść słodyczy pomiędzy szparami w zębach) grzyba. a grzyb był halinkolucynkogenny. Alicja polizała Kapelusza uszczknęła grzyba z tej strony co się zmniejszyła czknęła i pstryk i pac! Dostała packą od muchy latawicy której kiedyś wyrwała odnóża i pozostawiła skrzydełka czoło zabolało chwyciła ręką rozpalone czołem namacała butelkę z obłą zimną szyjką a butelka była nafaszerowana szampańsko się bawiącymi bąbelkami damskiego alkoholu. Alicja ręką zawartość wlała do usteczek kropla stoczyła się z tej strony brody co się zwiększyła języczkiem kroplę z warg uszczknęła czknęła i pstryk i plink—plonk—pac ! Dostała fortepianem po kolanach i etiudami pełne dłonie i palce na tych dłoniach tyle duże na tyle żeby na ich konarach wbitych w ziemię przysiadały drzewne motyle i spacerowały po deptakach klawiszy i grały w klasy i w szachy na podłużnych kafelkach czekolady i czarnych i białych. Szalony Kapelusznik wraz z Szalonym Fryzjerem (najlepsiejsi męscy szowinistyczni powiernicy niegrzecznych dziewczynek) i Szurniętą Kosmetyczką — (Susłem bo śpi kiedy budzą się dziewczątka wyzwolone) przycinają nożyczkami nos Alicji równo z kapeluszem prosto pod linijkę. Nie dali jej jeść tam na Ziemi ze względu na figurę w zasadzie przez jej brak więc Alicja chwyciła watę chmurki chmurkopodobnej Pod język jak tabletkę na sen wetknęła przełknęłą czknęła a chmurka była drobnopylasta prześnieżnobiała i sama wchodziła długimi kolumnami do nosa wybijając rzęsisty rytm kolanami i pstryk i o—cholera—boli—pac! — Alicjo, przestań gapić się w to okno. Wystaw rękę, dziecko. Ukarzę Cię w imieniu Edukacji. od sufitu do zmierzchu. « | patrzę w płuca moje kaszlą wsadzam białe palce w głębiny białych moich gałek ocznych wypływać albo chociaż świat zobaczyć lecz nic się nie da zrobić już nic się nie da zrobić dotykam językiem oparzenia na podniebieniu — napuchło nie mam komu w oczy spojrzeć nie mam komu w brodę napluć no nic się nie da zrobić już nic się nie da zrobić dni niepodobne do siebie gubią się w tłumie aktów deprawacji i desynchronizacji dłoni i obojczyków kiedy mrużę oddech ale nic się nie da zrobić już nic się nie da zrobić demiurgiem jestem, demiurgiem [nie kobietą]. « | Niech się stanie przeze mnie nudność. I się stanęła i widziałam, że jest dobra a co najmniej jest na nią zapotrzebowanie i koniunktura. I odpoczywałam intelektualnie przez dni pięć. A szóstego dnia stworzyłam ruch i pulsujący taniec i widziałam, że był dobry i czułam to w udach moich stworzonych na podobieństwo Boże. A siódmego stworzyłam popołudnie i popołudniowy proces opierdalania się w cieple rajskich pleców i myślałam że to było dobre ale Bóg za lenistwo zrzucił mnie z łóżka w dywanu siódmy krąg piekielny. I stanął Anioł z opuszczonymi spodniami i rzekł — wnijdź ze mną do królestwa w Niebiesiech a tak w ogóle to zrobiłem Ci kawę cynamonową. a kiedy dzień wstanie. « | A kiedy na dzień dobry zabłysną ściany denaturatem i wschód słońca obejmie płomieniem podłogę na której drzemałam niespokojnie, połamane słowa przedwczorajsze zeschnięte, jak chleb nasz Panie codzienny ale przedwczorajszy, one pójdą marszem przez głodne żołądki dzieci i studentów i studentów—wyrośnięte dzieci i dzieci wyrośniętych wiecznych studentów i spojrzę w płonące niebo płonące fioletem zaspokojenia gardła alkoholika mieszkańca naszego społeczeństwa i wtedy wycierając chlebem naszym codziennym Panie kawę zbożową z fili granowej fili żanki poproszę chłonnymi rączkami o jeszcze kilka kroków chleba codziennego o Panie na dzień dobry i podziękuję za sen niespokojny, dlatego ponieważ posiadałeś dłoń pomiędzy moimi nogami, dzieląc zeschniętą kromkę podłogi z wieczną niedoszłą własnoręcznie życiową studentką.

| » blog

Zbiór: zośka sadystka © 2002 - 2004
Zebranie i edycja: 2006